
- Aktualności
-
by Julia Groth
Są ludzie, którzy całe życie stoją twardo na ziemi. I są tacy, których wcześniej, czy później woła morze.
Oficer Jacek Wojciechowski na co dzień prowadzi ponad 500 rodzin pszczelich. Produkuje około 1% austriackiego miodu, działa w organizacjach pszczelarskich, a w 2018 roku został Rolnikiem Roku Austrii. Dziś jego życie wyznaczają rytm natury, praca przy ulach i… wachty na Pogorii.
„Zawsze miałem pasiekę. Nawet wtedy, kiedy prowadziłem firmę w Polsce. Ale któregoś dnia pomyślałem, że chcę żyć tam, gdzie można uprawiać pszczelarstwo na najwyższym poziomie. I tak przeprowadziłem się z rodziną do Austrii. To był taki mój drugi albo trzeci życiowy start.”
A gdzie w tym wszystkim Pogoria?
To było marzenie chłopaka z małej miejscowości
„Mając kilkanaście lat przeczytałem książkę Kazimierza Robaka – „Pogorią na koniec świata”, obserwowałem Bractwo Żelaznej Szekli i marzyłem o tym żaglowcu. Ale wtedy wydawało mi się to kompletnie nierealne. Myślałem sobie: Gdzie ja tam? Nie te środowiska, nie te możliwości. A jednak życie potoczyło się inaczej.„
Na Pogorię trafił stosunkowo późno. Pierwszy rejs szybko zamienił się w kolejny, potem przyszły uprawnienia jachtowego sternika morskiego, następne stopnie i funkcje. Dziś ma za sobą kilkanaście rejsów oficerskich.
„Koledzy z Pogorii pokazali mi tę drogę. Poszedłem nią krok po kroku i zostałem oficerem. Niesamowite jest dla mnie to, że jestem jednym z ludzi, którzy pomagają ten żaglowiec prowadzić. Jednym z trybików, bez których to po prostu nie działa. System wacht, odpowiedzialność, zasady, wszytko co cenię w życiu. A jednocześnie jest w tym wszystkim smak przygody, takiej o której pisał Jack London.„
I choć regularnie żegluje również prywatnie, między innymi po Grecji, to właśnie Pogoria stała się miejscem wyjątkowym, bo Pogoria to wartości, od których trudno się uwolnić.

Skąd wziął się pomysł na rejs dla pszczelarzy?
„Wszystko zaczęło się od kronik Pogorii. Zobaczyłem, że kiedyś odbywały się różne rejsy tematyczne. Pomyślałem wtedy: dlaczego nie zrobić czegoś dla środowiska pszczelarskiego?„
Tak rozpoczęły się przygotowania do pierwszego w historii rejsu „Pszczelarze na fali”. Powstała grupa organizacyjna, a zaproszenia trafiły do ludzi z absolutnej czołówki branży – naukowców, specjalistów od apiterapii, właścicieli dużych firm pszczelarskich i przedstawicieli organizacji pszczelarskich.
„Myśleliśmy, że może zgłosi się kilka osób. Tymczasem zainteresowanie było ogromne. Praktycznie wszyscy chcieli płynąć. Do projektu dołączyło również Polskie Stowarzyszenie Pszczelarzy Zawodowych wraz ze swoim prezesem, Piotrem Mrówką.”
Ale najciekawszy okazał się drugi etap naboru. Osoby, które chciały popłynąć, musiały nagrać krótki film o sobie. Ludzie naprawdę włożyli w to serce. Był montaż, zdjęcia z pasiek, historie. Dzięki temu organizatorzy mieli okazję poznać przyszłych żeglarzy jeszcze przed rozpoczęciem rejsu, a najlepsze zgłoszenia dostały miejsce na pokładzie.

fot. Pszczelarze na Fali
Położyłem polskie pszczelarstwo na deski
Jak wyglądał rejs?
„Pierwszy dzień był klasyczny. Śmialiśmy się później, że położyłem polskie pszczelarstwo na deski. Był duży swell, więc choroba morska nie oszczędzała nikogo. Ale z każdym kolejnym dniem załoga coraz bardziej wchodziła w rytm życia pod żaglami. i chociaż niektórzy chorowali właściwie przez cały rejs i tak brali z niego tyle, ile mogli.”
A działo się dużo, szkolenia, reje, wykłady, wspólne wachty i wieczory szantowe. I coś, czego nie da się zaplanować. To właśnie tutaj pszczelarze, którzy na codzień nie mają takich możliwości mogli spokojnie rozmawiać z profesorami, właścicielami dużych firm czy przedstawicielami organizacji branżowych.
„Normalnie takie spotkania wyglądają zupełnie inaczej. A tutaj wszyscy byli razem. Jedna mesa, jedna wachta, jeden pokład.”
Dodatkowo załoga zawinęła do Monte Carlo, miejsca, do którego Pogoria wróciła po kilkuletniej przerwie.
Pszczelarstwo to nie jest tylko męski świat
Na pokładzie nie zabrakło również kobiet. Wiele kobiet w branży odgrywa w niej ogromną rolę, zarówno naukowo, jak i praktycznie.
„Oczywiście był parytet 🙂 Pszczelarstwo absolutnie nie jest tylko męskim zawodem. Jest mnóstwo fantastycznych pszczelarek.”
Wartość dodana
Choć rejs miał integrować środowisko pszczelarskie, szybko okazało się, że wielu uczestników odkryło coś zupełnie nowego. Dla wielu osób był to pierwszy kontakt z żeglarstwem. I to była ogromna wartość dodana. Po powrocie temat rejsu długo żył własnym życiem. Podczas premiery filmu z wyprawy, pokazanej na konferencji pszczelarskiej w Pszczelej Woli, uczestnicy wracali wspomnieniami do morza, wacht i życia na pokładzie.
„Masa ludzi mówiła później: Kurczę, czemu ja o tym nie wiedziałem? Też bym popłynął. Niektórzy odkryli nową pasję i chcą wracać na morze. Inni przekonali się, że dotarli do własnych granic. I to też jest w porządku. To też coś daje człowiekowi.”
Czy będzie kolejna edycja?
„Myślę, że tak. Może nie co roku, ale potencjał jest ogromny. I wydaje mi się, że kiedyś do tego wrócimy.”
Morze cały czas mnie woła
Sezon pszczelarski praktycznie nie zostawia miejsca na odpoczynek. Czasami nie jestem w stanie wygospodarować nawet jednego czy dwóch dni wolnego. I to jest chyba najtrudniejsze, bo morze naprawdę mocno mnie ciągnie.
„Najbardziej frustruje mnie to, kiedy rozmawiam, czy z Rafałem Komperdą, czy z Markiem Paśką, czy z Romkiem Krakowiakiem i słyszę: „Słuchaj, będzie fajny rejs, chodź z nami”. A ja nawet nie mogę sobie pozwolić, żeby o tym poważnie pomyśleć. To jest trochę dziwne uczucie, bo człowiek stoi przy ulach, pracuje normalnie każdego dnia, a gdzieś z tyłu głowy cały czas słyszy morze.”
Ale dodaje
„To nie jest historia bez dalszego ciągu. Na jesień są plany, żeby znów wypłynąć, choćby na tydzień albo dwa. I to jest chyba najlepsze w tym wszystkim, więc do zobaczenia na pokładzie!”

Reportaż z rejsu:

