Dziś dzielimy się rozmową z Kapitanem Markiem Paśką, przygotowaną w szczególnym momencie. Za nim dwa pierwsze rejsy w tej roli, a przed kolejny trzeci, który rozpoczyna się już jutro.

Droga na mostek kapitański

Jak zaczęła się Twoja żeglarska historia?

Wszystko zaczęło się, gdy trafiłem do szkoły średniej. Przy moim IV Liceum Ogólnokształcącym w Piasecznie bardzo prężnie działała wówczas 37. Żeglarska Drużyna Harcerska. Dzięki nauczycielowi matematyki, panu profesorowi Andrzejowi Koprowskiemu, jednocześnie założycielowi tej drużyny, bardzo szybko wkręciłem się w żeglarstwo. W tamtych czasach była to jedna z niewielu ścieżek, dzięki którym można było rozpocząć swoją przygodę z żeglowaniem.

Profesor Koprowski organizował kursy żeglarskie: zimą odbywały się zajęcia teoretyczne, natomiast od wiosny, dzięki temu że dysponowaliśmy własnymi łódkami (które sami przygotowywaliśmy do sezonu), mogliśmy rozwijać umiejętności praktyczne. Od kwietnia/maja pływaliśmy na Zalewie Zegrzyńskim, a latem na Mazurach.

Już po pierwszej klasie liceum zdobyłem patent żeglarza jachtowego. Po drugiej klasie pływałem jako sternik na obozach żeglarskich na Mazurach; w tym samym roku uzyskałem patent sternika jachtowego. Ostatnie lata liceum to moje pierwsze doświadczenia z żeglarstwem morskim: najpierw na mniejszych jachtach, później na większych jednostkach. 

W 2003 roku zdobyłem patent jachtowego sternika morskiego, jeszcze według starej, tzw. „rozbójnikowej” ścieżki. W 2017 roku uzyskałem patent kapitana jachtowego. Przez wszystkie te lata nieustannie się doszkalałem, uzupełniałem kwalifikacje o inne certyfikaty (radiowe, radarowe i bezpieczeństwa) i rozwijałem swoje kompetencje, co robię do dziś.

Przygodę z żaglowcami rozpocząłem kilkanaście lat temu (choć już w 1992 roku „otarłem się” o żaglowiec „Fryderyk Chopin”). Na „Zawiszy Czarnym” pływałem jako oficer, następnie starszy oficer, a od 2025 roku pełnię funkcję kapitana-stażysty. Na „Pogorię” trafiłem w 2024 roku.

Życie poza pokładem

Czym zajmujesz się poza żeglarstwem – zawodowo i prywatnie?

Mam za sobą bardzo intensywne życie zawodowe. Dwa lata temu, po 27 latach pracy w międzynarodowych korporacjach, zdecydowałem się odejść z „korpo” i obecnie realizuję mniejsze projekty jako freelancer.

Od wielu lat angażuję się również w programy mentoringowe, wspierając młodych ludzi – m.in. na SGH – w sprawniejszym wejściu na rynek pracy i rozpoczęciu kariery zawodowej.

Poza tym dużo podróżuję i tak, zdecydowanie nie należę do osób, które lubią siedzieć w jednym miejscu 

Sport to ważna część Twojego życia, co najbardziej Cię wciągnęło?

Jestem wielkim pasjonatem biegania długodystansowego. Mam na swoim koncie 18 ukończonych maratonów oraz niemal 80 półmaratonów, często w roli pacemakera. Moim marzeniem jest ukończenie wszystkich biegów z cyklu World Marathon Majors. Do tej pory wystartowałem w czterech z siedmiu: w Berlinie, Nowym Jorku, Tokio i Chicago. Do realizacji celu pozostały mi jeszcze maratony w Londynie, Bostonie oraz Sydney.

Od kilku lat realizuję się również w ultramaratonach rowerowych. Traktuję je nie jako rywalizację, lecz przede wszystkim jako przygodę oraz okazję do odkrywania miejsc niedostępnych ani samochodem, ani pieszo. Poza tym uwielbiam góry.

Rola Kapitana

Wracamy na pokład, wcześniej byłeś oficerem na Pogorii. Co zmienia się w głowie człowieka w momencie, kiedy to on podpisuje się pod wszystkimi decyzjami?

To przede wszystkim zmiana perspektywy. Jako oficer współuczestniczyłem w podejmowaniu decyzji i miałem realny wpływ na to, co dzieje się na pokładzie, ale ostateczna odpowiedzialność spoczywa na kapitanie. W momencie, kiedy to Ty podpisujesz się pod wszystkimi decyzjami, ta odpowiedzialność staje się bardzo konkretna i namacalna.

W głowie pojawia się też większa świadomość konsekwencji każdego wyboru: od tych dużych, związanych z planowaniem rejsu czy bezpieczeństwem jednostki, po pozornie drobne decyzje dnia codziennego. Kapitan musi patrzeć szerzej: nie tylko na statek i pogodę, ale również na ludzi, ich zmęczenie, emocje, dynamikę w załodze.

Jednocześnie nie jest to tak, że kapitan samodzielnie podejmuje decyzje. Dobra współpraca z oficerami i zaufanie oraz szacunek do załogi są kluczowe. Różnica polega na tym, że na końcu to Ty musisz podjąć decyzję i wziąć za nią pełną odpowiedzialność. To duży ciężar, ale też ogromny zaszczyt i przywilej.

Czy był moment podczas tych dwóch rejsów, kiedy pomyślałeś: „Okej, teraz naprawdę jestem Kapitanem”?

Szczególnie zapadły mi w pamięć dwa momenty: pierwszy to gdy stanąłem na pierwszej zbiórce z załogą na pokładzie rufowym i musiałem się przedstawić i wypowiedzieć „te” słowa, że to ja będę kapitanem w tym rejsie. Drugi moment to ten, w którym oddaliśmy cumy. Wówczas pomyślałem: „no teraz to już nie ma odwrotu…”.

Mówi się, że Kapitan powinien być spokojny nawet wtedy, kiedy w środku wcale nie jest. To prawda czy żeglarski mit?

Absolutna prawda. I to dotyczy nie tylko kapitana, ale też i oficerów. Umiejętność panowania nad emocjami to jedna z kluczowych cech dobrego lidera.

Załoga i życie na Pogorii

Na Pogorii często załoga, która trafia na pokład ma pierwszy raz styczność z żeglarstwem. Co jest dla nich największym wyzwaniem?

Wbrew pozorom największym wyzwaniem dla osób, które po raz pierwszy trafiają na pokład Pogorii, wcale nie są same kwestie żeglarskie. Najwięcej emocji budzi już samo znalezienie się na statku i wejście w zupełnie nową rzeczywistość. Dla wielu osób to pierwszy raz, kiedy mieszkają na pokładzie, funkcjonują w systemie wachtowym, podporządkowują się rytmowi dnia wyznaczanemu przez statek i załogę.

Na początku trzeba oswoić przestrzeń, nauczyć się poruszania po pokładzie, przyzwyczaić do ruchu statku i do tego, że życie wygląda tu zupełnie inaczej niż na lądzie. Dopiero kiedy to wszystko zaczyna być naturalne, pojawiają się kwestie czysto żeglarskie: praca na rejach, przy żaglach czy podczas manewrów.

Z moich obserwacji wynika też, że szybciej adaptują się osoby młodsze. Dla nich nowa sytuacja jest często po prostu przygodą, w którą wchodzą z dużą otwartością. Dorośli czasem potrzebują trochę więcej czasu, żeby oswoić zmianę rytmu i warunków.

Najważniejsze jest jednak to, że praktycznie wszyscy dają sobie radę. Pogoria jest świetnym miejscem do nauki współpracy i bardzo szybko okazuje się, że nawet osoby, które nigdy wcześniej nie miały styczności z żeglarstwem, po kilku dniach czują się na pokładzie coraz pewniej i stają się pełnoprawną częścią załogi.

A widzisz ten moment, kiedy grupa ludzi przestaje być uczestnikami, a zaczyna być załogą?

Tak, ten moment jest bardzo wyraźny, choć trudno wskazać jedną konkretną chwilę. Na początku rejsu ludzie są jeszcze uczestnikami: trochę się obserwują, uczą statku, zasad i siebie nawzajem. Każdy jest jeszcze w swoim świecie. Po kilku dniach zaczyna się jednak coś zmieniać. Widać to w drobnych rzeczach: kiedy ktoś bez pytania pomaga drugiej osobie przy pracy na linach, kiedy załoga zaczyna się nawzajem pilnować i wspierać, kiedy pojawia się naturalna odpowiedzialność za statek i za innych. Wtedy przestaje to być grupa osób, które przyjechały na rejs, a zaczyna być prawdziwy, zgrany zespół.

Ogromną rolę w tym procesie odgrywają oficerowie, którzy są dla uczestników najbliższymi liderami. To oni na co dzień pracują z wachtami, pokazują, jak działa statek, i budują poczucie odpowiedzialności za wspólną pracę.

Na żaglowcu dzieje się to dość szybko, bo warunki temu sprzyjają. Wspólna praca, wachty, życie na niewielkiej przestrzeni i konieczność współdziałania powodują, że ludzie bardzo szybko zaczynają sobie ufać i na sobie polegać.

Z perspektywy kapitana to jeden z najfajniejszych momentów rejsu, kiedy widać, że statek zaczyna funkcjonować już nie tylko dzięki kadrze, ale dzięki całej załodze.

Gdybyś miał powiedzieć jedną rzecz komuś, kto pierwszy raz staje na pokładzie Pogorii – co by to było?

Ja zawsze powtarzam, że żeglarstwo kształtuje osobowość, a już szczególnie żeglarstwo morskie. Na pokładzie Pogorii każdy szybko odczuwa, że to nie tylko statek, ale prawdziwa, przyjazna społeczność: atmosfera jest wyjątkowa, pełna wzajemnego wsparcia i szacunku. To idealne miejsce, by uczyć się czegoś więcej niż tylko manewrów i pracy przy żaglach. Codzienne wyzwania rejsu pozwalają rozwijać umiejętności miękkie: odpowiedzialność za siebie i innych, skuteczną komunikację, współpracę w zespole oraz zaufanie do współzałogantów. W praktyce okazuje się, że wszystko, czego uczysz się na morzu, bardzo szybko przekłada się także na życie poza pokładem. 

Codzienność

Każdy kapitan ma swoje „rytuały” albo drobne przyzwyczajenia na pokładzie. Wyrobiłeś już jakieś swoje, czy to tajemnica?

Nie mam szczególnych rytuałów, które kultywuję. Na pewno cenię sobie codzienne spotkania z oficerami i załogą stałą na „kawie”, podczas których możemy omówić plan dnia, wymienić się spostrzeżeniami i uwagami z życia na pokładzie, aby jeszcze lepiej zadbać o bezpieczeństwo i dobrą atmosferę. Poza tym staram się porozmawiać z każdym członkiem załogi szkolnej, chcąc go lepiej poznać, wykazując zainteresowanie i szacunek. 

Na morzu podobno wszyscy szybko przechodzą na „Ty”. Czy Kapitan też, czy jednak są granice tej żeglarskiej demokracji?

Jestem zdania, że na statku wszyscy powinni być na „Ty” i taką atmosferę buduję od samego początku. Choć wiem, że szczególnie w rejsach, w których uczestniczy młodzież szkolna wraz z nauczycielami, może to być problematyczne, ponieważ po powrocie do szkoły ta relacja będzie już inaczej wyglądać. Zostawiam  więc przestrzeń do profesjonalnego uporządkowania tych spraw.

Na koniec

Czy po tych dwóch pierwszych rejsach jako Kapitan, czy patrzysz inaczej na morze?

Niezależnie od tego jaką rolę pełnię na pokładzie i niezależnie od tego czy jestem na dużym, czy nieco mniejszym statku, zawsze patrzę na morze z należytą pokorą i szacunkiem. To akurat się nie zmieniło w moim podejściu.

Za to na koniec bardzo chciałbym podziękować wszystkim tym, którzy doprowadzili mnie do miejsca, w którym teraz jestem. Nie sposób wymienić wszystkich, lecz chciałbym wspomnieć przynajmniej o kilku: Dziękuję Panu Profesorowi Andrzejowi Koprowskiemu, który zapoczątkował moje zamiłowanie do żeglarstwa, kapitanowi Maciejowi Leśnemu za olbrzymie wsparcie i zaufanie, jakim mnie obdarzył, kapitanom: Maciejowi Sodkiewiczowi, Wiktorowi Wróblewskiemu, Waldkowi Mieczkowskiemu, Arturowi Pierzyńskiemu, Sławomirowi Rudnickiemu, Piotrowi Nowakowskiemu, Rafałowi Komperdzie, za wiele wspólnych rejsów, za nauki i dzielenie się doświadczeniami. 

Kapitan Marek Paśka