Rejs STS Pogoria na trasie Malaga – Cascais, realizowany w dniach 21-29 z udziałem załogi z Akademii Wojsk Lądowych, był kolejnym etapem tegorocznego przelotu na The Tall Ships Races 2026. Jak podkreśla organizatorka wyjazdu, Patrycja Głąb, uczestnicy bardzo dobrze ocenili pobyt na pokładzie. Dla części z nich był to pierwszy kontakt z żeglarstwem morskim, a tuż po zakończeniu wyprawy pojawiły się plany związane z dalszym rozwojem żeglarskim. Był to również czas nawiązywania nowych relacji, które rodzą się podczas wspólnej pracy, wacht, czy codziennego życia na morzu. I choć podróż rozpoczęła się przy słabym wietrze na Morzu Śródziemnym, dalsza część trasy dostarczyła załodze znacznie więcej wyzwań.

O przebiegu rejsu, pracy załogi oraz o tym, jak prowadzi się Pogorię w wymagających warunkach, rozmawiamy z kapitanem Arturem Pierzyńskim.

JG: Rejs Malaga – Cascais rozpoczął się dość spokojnie?

AP: Spokojnie to dobre słowo. W Maladze przywitała nas piękna, słoneczna pogoda, ale niestety praktycznie bez wiatru. Dlatego pierwszy etap, do Gibraltaru, w dużej części pokonaliśmy na silniku.

Jak zawsze przed wyjściem w morze nowa załoga została zapoznana ze statkiem, zasadami bezpieczeństwa i obowiązkami podczas wacht. Omawiamy pracę w kambuzie, alarm do żagli, alarm manewrowy, a ja osobiście zawsze prowadzę szkolenie z procedury „człowiek za burtą” oraz opuszczenia statku. Po wyjściu w morze przeprowadzamy również obowiązkowe alarmy praktyczne.

fot. Patrycja Głąb

JG: Po drodze do pierwszego portu udało się jednak trochę pożeglować?

AP: Tak. Przed samym Gibraltarem wiatr w końcu się pojawił i przez kilka godzin szliśmy pod żaglami. Zgodnie z planem zacumowaliśmy przy molo paliwowym, załoga ruszyła zwiedzać Skałę Gibraltarską, a my zajęliśmy się tankowaniem Pogorii. Wrócili zadowoleni, punktualni i gotowi do dalszej drogi. A po wyjściu z Gibraltaru zaczęła się już prawdziwa żeglarska przygoda.

JG: Wielu kapitanów podkreśla, że „bezpiecznie pokonali Cieśninę Gibraltarską”. Dlaczego to miejsce jest tak wymagające?

Przede wszystkim ze względu na ogromny ruch statków. Funkcjonuje tam system rozgraniczenia ruchu, trzeba utrzymywać łączność ze służbami nadzorującymi żeglugę, a wokół cały czas poruszają się duże jednostki handlowe. Statki towarowe mają swoje harmonogramy i nie zwalniają. Żaglowiec powinien trzymać się skraju toru wodnego i bardzo uważnie obserwować sytuację. To miejsce wymaga koncentracji i dobrej organizacji pracy. Nam akurat dopisał wiatr. Postawiliśmy żagle i ruszyliśmy z wiatrem w rufę. Jednocześnie mieliśmy przeciwny prąd, więc oba czynniki w pewnym stopniu się kompensowały. Niemniej, sprawnie i bezpiecznie wyszliśmy na Atlantyk.

fot. Patrycja Głąb

JG: Czy początek na Atlantyku oznaczał silny wiatr?

AP: Tak, całkiem konkretny, rozkręcający się. Na początku postawiliśmy niemal cały komplet żagli i wykorzystaliśmy warunki maksymalnie. Później wiatr zaczął jednak systematycznie rosnąć. W szczytowym momencie osiągał siłę około 10 stopni w skali Beauforta. Niektórzy twierdzili nawet, że chwilami było ponad 50 węzłów. Przy takich warunkach trzeba już myśleć nie o tym, jak postawić więcej żagli, tylko jak bezpiecznie je redukować.

JG: Jak wygląda taka redukcja na Pogorii?

AP: Jeżeli idziemy z wiatrem w rufę, to początkowo korzystamy z pełnego zestawu żagli rejowych. Dla stabilizacji zawsze lubię mieć postawionego kliwra, ten żagiel naprawdę robi różnicę. Kiedy przychodzi czas na redukcję, zaczynamy od góry. Najpierw znikają bombram i bram, potem fok. Finalnie zostają dwa marsle i kliwer. To zestaw, na którym można bardzo bezpiecznie i jednocześnie bardzo szybko żeglować. Przy tym wietrze osiągaliśmy prędkość około 10 węzłów.

JG: To imponujący wynik.

AP: Tak, choć nie rekordowy. Kilka lat temu płynąłem dokładnie w przeciwnym kierunku, z A Coruñy do Setubalu. Mieliśmy wtedy silny północny sztorm, również z wiatrem w rufę. Prędkość dochodziła do 14 węzłów, a w ciągu jednej doby pokonaliśmy niemal 210 mil, co potwierdza dziennik pokładowy. To są momenty, które pokazują możliwości żaglowca. Ale jednocześnie przypominają, że trzeba mieć ogromny szacunek do morza. Z wiatrem jeszcze nikt nie wygrał. Można nauczyć się go wykorzystywać, ale wygrać z nim się nie da.

fot. Patrycja Głąb

JG: Kolejnym portem było portugalskie Portimão?

AP: Tak, bardzo przyjazne miejsce, choć z pewnym utrudnieniem. Ze względu na ukształtowanie dna wejście do mariny jest możliwe praktycznie tylko przy wysokiej wodzie. Musieliśmy więc chwilę poczekać.

JG: I domyślam się, że ten czas nie został zmarnowany?

AP: Oczywiście, że nie (śmieje się Kapitan). Ja zawsze powtarzam swoim załogom, że można się nawet porządnie zmęczyć, ale porządek na statku musi być. Tak więc zanim weszliśmy do portu, wykonaliśmy zarówno klar osobisty, jak i klar statkowy. Do mariny wchodziliśmy przy około 35 węzłach wiatru, więc był to całkiem poważny sprawdzian dla załogi i oficerów. Wszystko przebiegło bez problemów, a po zacumowaniu usłyszeliśmy nawet od pracowników mariny krótkie: „Nice manoeuvre”. To zawsze miły komentarz.

JG: Portimão zatrzymało Was jednak nieco dłużej?

AP: Tak. Wiatr był dopychający do nabrzeża, a bezpieczeństwo jest dla mnie zawsze priorytetem. Dodatkowo marina nie mogła zapewnić pontonu asystującego. Powód był bardzo portugalski (śmiech), operator miał przerwę obiadową. A kiedy wrócił, poziom wody był już zbyt niski, by bezpiecznie wyjść. Przeczekaliśmy więc kilka godzin i około północy, przy praktycznie zerowym wietrze odcumowaliśmy i ruszyliśmy w stronę Cascais.

JG: I znowu wiatr w rufę?

AP: Dokładnie tak. Rozwiało się jak już wyszliśmy w morze. Postawiliśmy więc dużą część żagli, a po kilku godzinach znów zaczęliśmy je redukować, bo wiatr systematycznie się wzmacniał. Po drodze minęliśmy Przylądek Świętego Wincentego. Zznany również jako Przylądek Ciepłych Gaci.

JG: Dlaczego Ciepłych Gaci?

AP: To stary marynarski żart. Żeglarze płynący z północy na południe mówią, że właśnie tam mogą zdjąć ciepłe ubrania, bo wpływają do cieplejszego klimatu. Wracając na północ, muszą je znowu założyć.

fot. Patrycja Głąb

JG: I jak w tym wszystkim odnalazła się załoga, wiele osób było przecież na takim rejsie pierwszy raz?

AP: Bardzo dobrze. Wszyscy naprawdę świetnie odnaleźli się na morzu. Zresztą ja ogólnie mam ogromne szczęście do ludzi. Przez cały rejs nikt nie szukał konfliktów, nikt nikogo nie obrażał. Atmosfera była dobra, współpraca jeszcze lepsza, ale przede wszystkim było bezpiecznie. A to dla mnie zawsze najważniejsze. Jednocześnie nie był to rejs turystyczny. Załoga od pierwszych dni uczestniczyła we wszystkich szkoleniach, alarmach i pracach pokładowych.

Pod koniec rejsu, gdy przyszło przygotowanie jednostki do postoju w Cascais, chętnych do pracy na rejach było więcej niż miejsc na rejach. To zawsze najlepszy dowód na to, że ludzie złapali żeglarskiego bakcyla i zaczęli czuć się częścią załogi.

JG: Który to był Twój rejs na Pogorii?

AP: Szczerze? Nie liczę. Mam tylko jeden podział: rejsy dobre i bardzo dobre. W tych dobrych jeszcze nie brałem udziału. Najbardziej cieszy mnie jednak coś innego. Wciąż spotykam młodych ludzi, którym naprawdę chce się chcieć. Dla nich poświęcam swój czas i energię. Od lat próbuję ich zniechęcić do żeglarstwa i jak dotąd ani razu mi się to nie udało (śmiech).

JG: Masz za sobą również służbę na ORP Iskra. To doświadczenie wpływa na sposób dowodzenia?

AP: Przez siedem lat służyłem na szkolnym żaglowcu Marynarki Wojennej ORP Iskra, ale daleko mi do wprowadzania wojskowej dyscypliny. Jestem raczej zwolennikiem morskiego klaru, porządku i bezpieczeństwa. Bez bezpieczeństwa nie ma mowy ani o szkoleniu, ani o dobrej zabawie. Oczywiście mam swoje przyzwyczajenia. Podczas manewrów używam gwizdka, przed każdym manewrem robię odprawy z oficerami i załogą. Robię to, co się sprawdza na żaglowcu, i to wszystko jest raczej naturalny morski trym, niż typowa dyscyplina.

Kapitana Artura Pierzyńskiego zobaczymy ponownie na pokładzie Pogorii podczas trzeciego etapu The Tall Ships Races 2026 na trasie Antwerpia – Stavanger. Trzymamy kciuki za załogę i dobry wynik w regatach, a przede wszystkim życzymy bezpiecznej żeglugi, silnych wiatrów i kolejnego rejsu, który – zgodnie z kapitańską klasyfikacją – będzie należał do tych bardzo dobrych!